Terroryzm bliskowschodni

Niezależnie od opinii kolejnych komentatorów, rozważań specjalistów i wywodów analityków wojna na Bliskim Wschodzie była, jest i będzie wojną o ziemię. Nie pozostawia wątpliwości fakt, że wojna o ziemię jest wojną o przetrwanie państwa. W prawie międzynarodowym powszechnie uznawana jest trójskładnikowa koncepcja elementów, które składają się na państwo. Należą do nich suwerenna władza, ludność i terytorium. Istnieją oczywiście sytuacje specyficzne, w których terytorium nie jest warunkiem sine qua non istnienia państwa – tak było w wypadku okupowanej Polski, kiedy to rząd polski na uchodźstwie cieszył się międzynarodowym uznaniem aliantów. Niemniej jednak panuje powszechna zgoda co do tego, że taka sytuacja jest sytuacją nienaturalną i państwo, które się w niej znalazło będzie dążyło do jak najszybszego uregulowania swojego statusu prawne -międzynarodowego.
Takie problemy prawno – międzynarodowe nakładają się na wydarzenia stanowiące tło historyczne konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nie można bowiem rozpatrując współczesną sytuację polityczną zapominać o warunkach, które ją ukształtowały. Trwająca 45 lat zimna wojna zdeterminowała przebieg wydarzeń we wszystkich częściach globu. Pojęciem, które w tym kontekście używane było stosunkowo często jest pojęcie tzw. „konfliktu peryferyjnego”. Przez niemal pół wieku świat stał w obliczu potencjalnej katastrofy nuklearnej. Najbardziej przejrzystą ilustracją tego zagrożenia była doktryna wzajemnie gwarantowanego zniszczenia (MAD – Mutually Assured Destruction), która przez długie lata determinowała sposób postrzegania stosunków między blokami rywalizującymi na arenie międzynarodowej. W okresach, w których sytuacja międzynarodowa zaczynała zasługiwać na miano „gorącej” zimnej wojny sposobem na uniknięcie bezpośredniego zagrożenia atomowego było przenoszenie współzawodnictwa międzyblokowego na tereny peryferyjne. Nie tylko zresztą w sensie geograficznym – w pewien sposób walka o wpływy „delegowana” była na mniejszego kalibru spory polityczne toczone przez mniejsze państwa – należące do bloków lub też znajdujące się w orbicie ich wpływów.
Klasycznym przykładem takiego sposobu realizowania sporów między mocarstwami był konflikt na Bliskim Wschodzie. Związany politycznie z aliantami po II wojnie światowej Izrael stanął w opozycji wobec zjednoczonego świata arabskiego wspieranego przez blok wschodni. Na bardzo ryzykowne politycznie i zagrażające – trwale, jak się później okazało -rozwiązanie w postaci stworzenia państwa izraelskiego na terenach od wieków zamieszkiwanych przez arabskie grupy etniczne nałożone zostało dodatkowe obciążenie w postaci wsparcia udzielanego stronom sporu przez Stany Zjednoczone oraz Związek Radziecki. Niestosownym byłoby udowadnianie tutaj, że ingerencja mocarstw była jedynym motorem sporu – ludobójstwo w Rwandzie jest najlepszym dowodem na to, że maczeta również może stanowić broń masowej zagłady. Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć, że środki dostarczane przez mocarstwa stronom sporu przyczyniały się do podtrzymywania go i zwiększania jego skali. Pamiętać należy, że brak środków do prowadzenia walki jest najlepszym sposobem na przyspieszenie jej końca. Dowodem na powszechność tego przekonania jest choćby praktyka wprowadzania embarga przez Organizację Narodów Zjednoczonych w wypadku, w którym niemożliwym wydaje się dojście do porozumienia podczas negocjacji. Co więcej, środek ten stosowany jest nawet podczas trwania obrad przy stole negocjacyjnym, jako katalizator podejmowania „stosownych” z punktu widzenia społeczności międzynarodowej decyzji. Niestety, takie rozwiązanie nie znalazło zastosowania w wypadku konfliktu na Bliskim Wschodzie. Oczywistym jest, że dla skuteczności embarga konieczne jest przestrzeganie jego zasad przez wszystkich uczestników stosunków międzynarodowych – nieszczelna blokada to brak blokady. Sytuacja polityczna zaś w tym czasie i w tym miejscu zdecydowanie nie dawała nawet nadziei na skuteczność takiego rozwiązania.
Ujmując rzecz wprost można by powiedzieć, że dzisiejsze wydarzenia na Bliskim Wschodzie są ściśle związane z obowiązującą w czasie zimnej wojny zasadą wyciągania z ognia gorących kasztanów cudzymi rękoma. Nakręcona przez ponad 50 lat spirala przemocy dziś doprowadziła do sytuacji, która wydaje się patowa. Niezależnie od tego, jakie były początki konfliktu, obecnie w grę wchodzą nie tylko najbardziej podstawowe potrzeby i interesy państw, jak przetrwanie. W chwili obecnej na szali spoczywa również międzynarodowy prestiż, który określa pozycję państwa na arenie międzynarodowej.
Nie można bowiem zapominać, że gra o wielką stawkę toczy się pomiędzy państwem, a uznawanym przez prawnomiędzynarodowe regulacje ruchem narodowo – wyzwoleńczym, który ma prawa i obowiązki wynikające z prawa międzynarodowego. Podstawowym skutkiem przyjęcia takiego stosunku do działań władz Autonomii Palestyńskiej jest konieczność stosowania się przez nią do zasad prawa wojny. Nie może bowiem czerpać korzyści z bycia traktowaną jako państwo, a unikać zobowiązań, które z posiadania tego statusu wynikają. Dlatego właśnie trudno traktować działania za pomocą których realizowana jest walka zbrojna o niepodległość Palestyny jako wojny o niepodległość.
Dyskusji podlega jednak także sposób działania państwa Izrael. W badaniach nad zjawiskiem terroryzmu występuje również pojęcie terroryzmu państwowego. Zastanowić by się należało czy do tej kategorii nie można zaliczyć działań realizowanych przez izraelską armię. Ataki kierowane na władze Autonomii Palestyńskiej niejednokrotnie uderzają bezpośrednio w palestyńską ludność cywilną. Trudno uznać to za działanie zgodne z konwencjami haskimi i innymi regulacjami dotyczącymi prawa wojny. Poza tym nie można nie wspomnieć o tym, że działania mające na celu bezpośrednie wymuszenie zmian i reorganizację władz innego państwa są same w sobie sprzeczne z obowiązującą w prawie międzynarodowym zasadą nieingerencji w sprawy wewnętrzne innego państwa.
Niemniej jednak jest to wyraz działań służących ochronie podstawowej dla państwa wartości – przetrwania i zachowania tożsamości narodowej i terytorialnej. Można w tej sytuacji zadać pytanie o granice, które można – i trzeba – stawiać nawet środkom stosowanym w imię racji stanu. Czy można w ogóle rozpatrywać takie pojęcia jak moralność postępowania na arenie międzynarodowej? Wydaje się, że zasada, że cel uświęca środki nie może pozostawać obowiązująca w nieskończoność. Wraz z rozwojem stosunków międzynarodowych, coraz większym zasięgiem organizacji międzynarodowych społeczność międzynarodowa dążyć powinna nie tylko do powiększania liczby ich członków, ale również do zwiększania ich skuteczności. W roku 1928 podpisany został Pakt Brianda – Kelloga, pierwszy dokument, który uznawał wojnę za niezgodny z prawem międzynarodowym sposób rozwiązywania sporów. W dzisiejszej społeczności międzynarodowej jest to przekonanie podzielane niemal powszechnie. Wiek XX okazał się być momentem narodzin zasady, która choć sporadycznie łamana jest jednak respektowana w sensie aksjologicznym. Dążyć powinni członkowie społeczności międzynarodowej do stanu, w którym zjawisko terroryzmu międzynarodowego zostanie precyzyjnie zdefiniowane. W takich okolicznościach nawet, jeśli nie zostanie on całkowicie wyeliminowany to możliwe będzie jego piętnowanie i ograniczenie propagandowej i nagłaśniającej roli jaką odgrywa obecnie w działaniach organizacji, które się nim posługują.
Napomknąć trzeba również o innych istniejących okolicznościach międzynarodowych. W dn. 23.10.02 r. Biały Dom wydał publiczne oświadczenie, w którym ogłosił, że prezydent George Bush podpisał ustawę budżetową Departamentu Stanu, która zawierała zalecenie mówiące, że Jerozolima powinna być traktowana przez organy realizujące politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych jako stolica państwa Izrael. Wkrótce później w reakcji na to oświadczenie rzecznicy administracji USA poinformowali, że było to jedynie zalecenie, do którego administracja nie zamierza się stosować. Można się zastanawiać, skąd taka reakcja na zalecenie, które zasadniczo zgodne było z realizowaną konsekwentnie linią polityki, która stawiała Izrael na miejscu głównego sojusznika USA na Bliskim Wschodzie. Nie można nie wziąć pod uwagę przynajmniej możliwości, że ma to związek z militarną akcją w Iraku. Wydawać by się mogło, że częściowe przynajmniej zdystansowanie się od jednoznacznego dotychczas stanowiska ma służyć ociepleniu wrogich obecnie wobec USA nastrojów panujących w świecie arabskim.
Chociaż czas rozwiązywania własnych konfliktów cudzymi rękoma zdaje się przechodzić do historii, nic się nie zmieniło w dziedzinie rozwiązywania swoich problemów cudzym kosztem. Izrael płaci dziś cenę, jaka obowiązuje na rynku paliw pochodzenia organicznego. Rosyjscy eksperci twierdzą, że konflikt amerykańsko – iracki to przede wszystkim wojna o ropę. Zastanawiający jest fakt, że również cenę lojalności wobec sojusznika można przeliczyć na ilość baryłek ropy naftowej, które znajdują się w drugich co do wielkości złożach roponośnych na świecie, a które położone są na terytorium Iraku.

 


O artykule